Niedawno znalazłam swój pierwszy telefon komórkowy w szufladzie. Pamiętam jaką rewolucją były polifoniczne dzwonki, port podczerwieni i możliwość transmisji GPRS. I pomyśleć, że Nokia zaczynała od produkcji masy papierniczej i kaloszy… Dziś mam koreańskiego smartfona z czterordzeniowym procesorem i wielkim świecącym wyświetlaczem! Odbieram na nim pocztę z dwóch kont mailowych, płacę rachunki, mam nawet aplikację Kupony McDonald’s, a wieczorami gram w RuneMaster. Czego można chcieć więcej? No właśnie…

W poniedziałek na blogu Marketplanet powitał mnie wpis Bartka o rozwiązaniach mobilnych w zakupach. Czy można obsłużyć proces zakupowy w telefonie? Teoretycznie trudno to sobie wyobrazić – zwłaszcza, kiedy jest się przywiązanym do wszystkich modułów, ekranów i pól w systemach zakupowych… Ale e-commerce też  kiedyś wydawał się nierealny – równie nierealny, jak dzisiejsze zakupy bez narzędzi elektronicznych. Mało tego! Od kilku lat mówimy już o m-commerce – handlu elektronicznym z wykorzystaniem narzędzi mobilnych. Może więc kolejnym krokiem będzie ewolucja e-procurement do m-procurement czy e-sourcing do m-sourcing?

„Mobilne CRM” od dawna wspierają pracę handlowców – za pomocą smartfonów (uprzednio palmtopów) bez problemu można zarządzać informacjami o klientach, produktach, a nawet monitorować należności. Patrząc na przykład takich rozwiązań, akceptacja zapotrzebowania zakupowego przez komórkę, czy stworzenie nowego zapytania ofertowego na tablecie nie wydają się takie trudne i odległe.

Spójrzmy na przykład na zakupy tworzone w oparciu o katalogi elektroniczne. Katalog zawiera zamknięty i sprecyzowany zasób produktów czy usług, ze zdefiniowaną ceną, minimalną ilością, jaką można zamówić oraz przypisanym producentem. Nie różni się więc bardzo od sklepu internetowego. Przeglądanie asortymentu i tworzenie na jego podstawie koszyka zakupowego wydaje się być polem do popisu dla aplikacji mobilnych. Z kolei jeśli weźmiemy po uwagę zakupy niekatalogowe, wymagające bardziej rozbudowanych opisów, często zamieszczenia precyzyjnych załączników, ciężko sobie wyobrazić ich tworzenie w telefonie. Ale ich akceptacja? Nie brzmi to abstrakcyjnie, prawda?

Wyzwaniem dla „m-procurement”, jak to w programowaniu bywa, jest stworzenie przyjaznego i czytelnego interfejsu użytkownika. W aplikacjach mobilnych liczy się przede wszystkim intuicyjna nawigacja – do obsługi której używa się już tylko palca, a nie klawiatury i myszy – i skupienie istotnych informacji na ekranie, zdecydowanie mniejszym niż monitor laptopa. Każdy piksel powinien być starannie przemyślany i zagospodarowany. O tym co przyniesie przyszłość przekonamy się zapewne w ciągu najbliższych miesięcy, bo wyścig technologiczny trwa, a co gorsza wyznaje zasadę take no prisoners.

Na koniec rozmyślań o m-procuremencie ciekawostka. Wpisałam w wyszukiwarce Google hasło „mobilny procurement”. Google odpowiedział, że w styczniu bieżącego roku kancelaria Wierzbowski Eversheds udostępniła Procurement Explorer. Bynajmniej nie jest to rozwiązanie służące do tworzenia zamówień zakupu. To mobilna, anglojęzyczna aplikacja, która ma pełnić rolę przewodnika po polskim prawie zamówień publicznych. Też przyda się w zakupach… nie tylko mobilnych!

Podobne